Finneganów tren, czyli po co ludzie się męczą?

finneganów tren

W 1939 roku Ziemię nawiedziły dwa wielkie nieszczęścia – pewien chory megaloman doprowadził do rozpoczęcia II wojny światowej, a James Joyce po 17 latach intensywnej pracy skończył pisać „Finnegans Wake”.

Kilkadziesiąt lat później do przetłumaczenia tej książki na polski zabrał się Krzysztof Bartnicki. Jako trzeci, dwóch poprzednich tłumaczy nie dało rady.

Skończył po 10 latach. Praca tłumacza polegała tutaj głównie na wymyślaniu bzdurnych neologizmów. Wszystko zostało wzięte zupełnie z kosmosu, niczego nie da się zrozumieć. Trudno znaleźć w tym wszystkim jakikolwiek sens. Spróbujcie przeczytać przynajmniej ten jeden akapit:

„Ależ, wre to wre Blankdeblank, bóg każdej machiny, kamień natomny z Barnstaple, poprzez mortysekcję czy wiwiszycie, w rozbiciu czy po nowym złożeniu, jak izaak jacquemin mauromormo milezny, jak wytłumaczony być może, morbloże? Czy wyszedł za przykład zgodnie z deognozą tych co psieczuli go spoza muru morza gdzie Rurie, Thoath i Cleaver, trójca silnych swenoharców Orion Orgiastów, Meereschal MacMuhun tenże, Ipse dadden, ile razy ile czynionych ekstremów na poczet naszego co średniego, co każdemu mogłoby się przydarzyć, najbrutniejszy wasz leoman i princenniejszy wojownik naszej archidiakonii, czy może sklepiony z krawków Klio, którym kronikarz kwietności rycerstwa nie się wierzy chybaby mógł sulpić już na nich samoócz, anteżytnych lep z przytomnością, hol człowieczej egzystencji, którzy łączyli się, łączą i odnowy złączą jako Jan, jako Polikarp, oko ja, oko-w-oto świadkowie jaoczni i Paddy Palmer, w czas gdy mnisi sprzedają cis łucznikom albo woda istnienia lawą płynie rybią drogą życia, od dragrody Sary w most swar siebie pod przedbuttstatni śmiech Izaaka, z minnetrwogą jej seplętrza na jęko monolot wewstrętny? Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”

Ciężka sprawa, prawda?

Najprawdopodobniej nikt nie dosypał wam niczego do drinka, a wy jesteście względnie zdrowi na umyśle. Gdybyście nie byli, byłoby jeszcze gorzej. Albo i nie.

 

Krzysztofowi Bartnickiemu wypadałoby powiedzieć prosto z mostu, że zmarnował 10 lat swojego życia. Zwłaszcza że, jak bezpośrednio stwierdza prawdziwy ekspert od literatury Joyce’a, profesor UW Zbigniew Lewicki, jego tłumaczenie jest bardzo złe. Zacznijmy od tego, że Bartnicki nawet nie przeczytał tego dzieła, tylko od razu zabrał się do tłumaczenia! To tak, jakby próbować zaśpiewać słowa piosenki, której nigdy się nie słyszało. Załóżmy jednak, że profesor Lewicki jest zwyczajnie zazdrosny o dokonania tłumacza, bo przecież teraz Bartnicki zapisze się złotymi głoskami w historii polskiej literatury, a profesor, wielki ekspert od Joyce’a, najpewniej zostanie zapomniany natychmiast po swojej śmierci. Być może Bartnickiego powinno się szanować nawet za same jego starania i pracę, ale cały szacunek do niego znika, kiedy wspomni się o tym, że, jak powiedział sam tłumacz w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, książka nie tylko mu się nie podobała, a nawet chwilami budziła jego odrazę, a jej tłumaczenie nie było dla niego ciekawą przygodą, ale stanowiło ciągłą walkę. Poza tym zanotował 10 lat całkowicie wyjętych z życia, nie ma pojęcia, co w tym czasie działo się na świecie, w kulturze, nie przeczytał ani jednej książki, nie robił niczego, bo przecież musiał bez reszty oddać się tej okropnej pracy. Ciężko było też jego rodzinie, jego dzieci przez 10 długich lat żyły bez ojca. Pozostaje mi tylko pogratulować.

W każdym razie, Bartnicki był skłonny do niezłych wyrzeczeń. Czy było warto? Nie.

 

Osobiście zastanawiam się, co napadło Joyce’a, że postanowił to napisać. Ludzie, którzy tak go wielbią, potrafią podać ogromną ilość powodów, oczywiście w większości niezbyt sensownych, wymyślonych jakby na poczekaniu. Chociaż ja nie potrafię zrozumieć Joyce’a, to rozumie go przynajmniej profesor Lewicki:

„Joyce stworzył swoje unikalne arcydzieło nie jako zabawę i z pewnością nie jako efekt schizofrenii, jak to niestosownie sugeruje w wywiadach Bartnicki. Modernizm, jak wiadomo, charakteryzował się między innymi staraniami o przekraczanie ograniczeń poszczególnych dziedzin sztuki. „Akt schodzący po schodach” Marcela Duchampa to próba wprowadzenia ruchu w obszar obrazu, kubistyczne eksperymenty Picassa to chęć przełamania dwuwymiarowości płótna, i tak dalej. Joyce’a natomiast zajmowała kwestia pokonania linearności tekstu literackiego. Słuchając koncertu, słyszymy jednocześnie wiele instrumentów muzycznych, patrząc na obraz, dostrzegamy w tym samym czasie rozmaite jego elementy, ale poznając tekst, czytamy go słowo po słowie, linijka po linijce. By wyrazić jednoczesność, pisarz musi używać protez w rodzaju: „w tym samym czasie, gdy”, ale Joyce’a to nie satysfakcjonowało.”

 

Profesor jest jednak jeden, a kiedy czytałem recenzje (bo książki się nie dało), coraz bardziej dziwiłem się, że ci wszyscy ludzie, mnóstwo recenzentów i jeszcze więcej komentatorów, autentycznie odbierają tą książkę w pozytywny sposób. Niemal widziałem, jak w euforii skaczą z radości, kupują szampana, a później pławią się w szczęściu na samą myśl o tym, że niedługo zostanie ona przełożona na polski, albo że właśnie pojawiło się tłumaczenie.

Dopiero później zacząłem zauważać, że to i tak tylko taka poza typu „Czytam Joyce’a, patrzcie jaki ze mnie intelektualista”. Na przykład Tomek Buszewski pogodnie stwierdził: „to jest mordercza praca, pierwszy dzień, w którym dostałem „Tren“, czytałem prawie cały czas i pod wieczór byłem tak zmęczony, jak gdybym przeorał cały ogród.”

Na tym jednak zabawa wcale się nie kończy! Jak pisze nasz dobry znajomy, profesor Zbigniew Lewicki, „Joyce nie bez powodu twierdził, że jego idealny czytelnik winien cierpieć na bezsenność i całe życie poświęcić na odczytywanie znaczeń ukrytych w „Finnegans Wake“. Taki czytelnik istnieje ale właśnie na sposób joyce’owski. Otóż są nim setki, może tysiące ludzi rozsianych po całym świecie, którzy stopniowo dokładają kolejne możliwe odczytania kawałki tej łamigłówki. Przez wiele lat wyniki ich prac omawiano na międzynarodowych sympozjach, gdzie rzeczywiście zdarzało mi się spotkać ludzi, którzy temu zadaniu poświęcali całe swoje życie”.

„Finneganów tren” nazywany jest „książką nie do przeczytania”, ale nie powinno być to powodem do dumy ani dla tłumacza, autora, ani dla ludzi, którzy ją przeczytali. Książki powinno się pisać po to, żeby coś znaczyły, i czytać, żeby coś z nich wyciągnąć – może to być cokolwiek: pożyteczne informacje, nowy materiał do przemyśleń, albo po prostu zwyczajna radość z czytania. Być może istnieją osoby, dla których fakt, że jakąś książkę trudno się czyta, jest oznaką jej wielkości, jednak, generalnie rzecz biorąc, ludzi, którym podoba się ta książka, którzy tak się nią zachwycają, nie można nazwać intelektualistami. Ci ludzie są, w przeważającej większości, zwykłymi snobami…

Joyce_150110_0016

Właśnie w taki sposób czyta się Joyce’a

 

Na koniec smaczki. Zachwyty czytelników:

„Jak głosi jedna z wielu prób interpretacji, ostatnia książka Joyce’a to podróż w głąb ludzkiej, boskiej czy kosmicznej, pogrążonej we śnie zbiorowej jaźni, dla której irlandzki pisarz wynalazł specjalną mowę – symfonię skomponowaną z neologizmów i wielojęzycznych kalamburów. Z czasem ten oniryczny, wzniesiony na ruinach wieży Babel wszechświat urósł do rangi prawdziwego mitu.”

„(…)Brnę więc słowo po słowie, zdanie po zdaniu, wierząc, że może kiedyś uda mi się zbliżyć do głębokich pokładów znaczeń tekstu Joyce’a.”

I kolejne reprezentatywne fragmenty dzieła Joyce’a.

„Dom ich powita. Halom. Nie trąbcie już, odejmijcie od mund barkanie rogi! Jak kindżał busz ciął, koniec z zadymą, gorejące krzaki! Szerrydać goldanie, na syngał: yeasza jak taknie zasiał; cały pshawsławny wildok rusza ze świftem sternaprzód! Bo tu święty język. Wnet będzie. I przystanie.”

„Oto mowa Czyściciela Powietrza, tumbultum tambaldomu z wysokości w templedym w tombaldumie śmartwa, magmowa aż zaterrdrżali mieszkań śnicy ziemi, bogufoniemiali na ten fonemen, od fimamentu po fundament, twuwedle dymu i twadół do dna.
Lordzie, usłysz laus!”

Tags from the story